BERDYSZAK-GIEROWSKI-KAŁUCKI-KOJI 2011


Szczegóły wydarzenia


Prezentowane prace artystów: » Jan Berdyszak » Jerzy Kałucki » Koji Kamoji » Stefan Gierowski

Lucyna Skompska       W spojrzeniu świata

 

Robotnicy rozbierający dom pozostawili drzwi i schody
prowadzące teraz do pustego pokoju nocy

Charles Reznikoff

 

Czego spodziewamy się po spotkaniu z kolekcją dzieł sztuki? Przede wszystkim – że będziemy oglądać dzieła, które coś łączy, które pozostają ze sobą w jakiejś relacji i w jakiś sposób są sobie bliskie. Sprawcą tej całości jest oczywiście właściciel kolekcji, jego gust, upodobania, wiedza, operatywność i inne jeszcze – techniczne czy merkantylne czynniki, które wpływają na kształt zbioru. Oglądając więc kolekcję malarstwa ufamy, że mamy do czynienia ze zbiorem nieprzypadkowym, ale ze żmudnie przez lata komponowaną całością – pozostającą jednak w ruchu, podlegającą ciągłym zmianom, z wielu – zamierzonych, ale też często – nieprzewidzianych powodów. Waldemar Andzelm przedstawia nam kolekcję czterech znakomitych malarzy: Jana Berdyszaka, Stefana Gierowskiego, Jerzego Kałuckiego i Kojiego Kamoji. I oto dzieje się coś niezwykłego, paradoksalnego – to, co połączyło w jedną całość ich obrazy: idea kolekcji, teraz je od siebie oddala. Można by powiedzieć, że nagle zaczynają działać siły odśrodkowe – cztery rozsadzające kolekcję indywidualności artystów, które – mimo wielu podobieństw lub może właśnie dzięki nim – objawiają swoje radykalne odrębności, swoją inność i jedyność. Nie można definiować ich wspólnie, choć każda z nich może stać się definicją sztuki dla pozostałych. A ponieważ w przypadku tych czterech artystów mamy do czynienia ze sztuką nieprzedstawiającą, możemy powiedzieć, że oglądamy próby definiowania samego pojęcia obrazu, którego przeznaczeniem od wieków było symboliczne reprezentowanie świata, jego widzenia i pojmowania. Korzenie tej czystej, pozbawionej bezpośrednich odniesień do realności sztuki, równocześnie przepełnionej duchowością, otwartej na to, co zakryte przed naszymi oczami, tkwią zapewne w początkach XX wieku, kiedy to malarstwo pozbyło się „balastu rzeczy”, znalazło nowy język malarski, otworzyło się na transcendencję. Myślę, że można powiedzieć więcej: każdy z czterech malarzy przez lata wypracował własne rozumienie malarstwa i własną filozofię obrazu. Dlatego też sztuka każdego z nich odbierana jest jako indywidualna duchowa droga ku poznaniu, nasycona sensem przemyśleń i eksperymentów twórczych. I jakkolwiek nazwiemy impuls, który pchnął ku nim malarzy – czy doznaniem świata jako nieogarnionej przestrzeni oraz chęcią wyrażenia i opisania punktu widzenia obserwatora (Kałucki), czy „olśnieniem”, które – jak można przypuszczać – jest objawieniem tego, co nienazwane, co nie pozwala się ująć za pomocą języka symboli, co przeziera przez obrazy rzeczy (Berdyszak), czy też dotknięciem tego, co po prostu jest trwaniem, co jest nieokreślone, czego sensu nie daje się łatwo ułowić i czego nie daje się przedstawić (Gierowski), czy wreszcie bezpośrednim, niezapośredniczonym językiem doświadczeniem natury, wglądem we współzależne objawianie się zjawisk, tworzących niedefiniowalną całość (Kamoji) – zawsze wynikiem będą niepewność, wątpliwość, pytanie pozostające bez odpowiedzi. Czy jednak to, co zaledwie przeczute, do czego żaden język nie ma dostępu, może być reprezentowane w sztuce? Nie idzie, rzecz jasna, o to, by oszukać oko (trompe l’oeil), ale – jak to określa Jacques Lacan – ujarzmić spojrzenie świata (dompte regard) i ukazać je w całej grozie i chwale. Jednak taka realność, która istnieje poza wszelkimi porządkami symbolicznymi, nie poddaje się przecież reprezentacji. Czy więc na przykład pustkę, o którą pyta Stefan Gierowski (jakkolwiek będziemy próbowali ją definiować) da się przedstawić? Niewyrażalne – ów „negatyw symbolicznego” nęcił malarzy od zawsze – przemijanie, upływ czasu, śmierć, pustka przedstawiane były w minionych wiekach „opisowo” – poprzez alegoryczne sceny i obrazowe narracje. Język malarstwa czterech artystów, o których mówimy, wydaje się dościgać je bez pośrednictwa świata rzeczy. Jerzy Kałucki – dla swoich intuicji (zrozumienie zasady rządzącej światem, poszukiwanie źródeł ładu czy chaosu) wybrał język geometrii, dla jego czystości i bezstronności, dla jego abstrakcji, dla uniwersalności jego symboli, które nie dokonują bezpośrednich operacji na tym, co realne. Ten język pozwala artyście mówić o bezmiarze, o tym co nieskończenie wielkie i za pomocą fragmentu geometrycznej figury zaświadczać o niewidzialnej całości. W ten sposób geometria sięga poza obraz, zagarnia sobą przestrzeń wszechświata, wyposaża nasze doświadczenie w możliwość rozumienia naszego miejsca w świecie. Ponieważ łuk jest częścią koła, więc może (bo to tylko kwestia proporcji i miejsca obserwatora) namalowana linia, która wydaje się nam linią prostą, jest tak naprawdę fragmentem gigantycznego okręgu? I nawet jeśli miary, które stosujemy i geometryczne symbole, których używamy, nie stosują się do nieznanego nam świata, to przecież samo stawianie pytań jest drogą ku jego poznaniu lub choćby – ku poznaniu nas samych. Stefan Gierowski pytania o pustkę sformułował bardzo wyraziście. Wedle niego przestrzenie różnych farb są nieograniczone. Dzielenie tych przestrzeni, zdaniem malarza, „wymusza geometrię”. Geometria nie jest więc językiem jego malarstwa, ale wynikiem malarskich poczynań, rozmieszczania płaszczyzn farb na płótnie. Obraz może być więc fragmentem nieograniczonej przestrzeni farby. Przedstawia więc nic, czyli pustkę? „Czy istnieje w zobaczonej przestrzeni farby możliwość przemiany konkretnej, fizycznej pustki w nieokreślone pojęcie pustki?” – pyta artysta. Farba istnieje w sensie fizycznym, jest realnością jako pusta przestrzeń zamalowanej powierzchni, ale istnieje możliwość, że w oglądającym powstanie wyobrażenie pustki nieokreślonej, czegoś, co nie mieści się w systemie znaczeń, co choć przez moment zaistnieje w widzu tylko jako zachwyt lub niepokój, co stanie się dla niego wydarzeniem. Zaglądamy więc w pustkę farby – w błękitno-czarny kwadrat ze „świtającą” bielą (ani biały, ani czarny)
i możemy zobaczyć świat, którego pełnia jest poza rzeczami, który istnieje w zachwycającej przemianie światła w mrok, w obrotach nieba, w bezimiennym trwaniu. Malowanie obrazu jest aktem symbolicznym i jego odczytanie musi mieć symboliczny charakter – to go wyróżnia spośród innych, naturalnych obrazów świata. Zwraca na to uwagę Jan Berdyszak, który od lat próbuje odnaleźć istotę obrazu, określić jego obrazowy, medialny język, poszukuje możliwości „nazwania” tego, co tworzy wyrwę, pustkę w obrazie, co jest wtargnięciem niewyrażalnego, niemego, ale budzącego w nas respekt i niepokój. Przenikają się w wielu jego pracach obrazy nieobecności (fotografie minionego) i obecności (realności) – teraźniejszość prześwieca przez klisze przeszłości. Szyby i tafle pleksi przepuszczają i równocześnie zatrzymują (odbijają) obrazy – „samowypełniają się miejscem bycia”. Czy artysta w ten sposób nieustannie ponawia starania, by oddzielić pojęcie obrazu od obrazowego medium? Uwagę Jana Berdyszaka zajmują też reszty i reszty reszt – jako fragmenty domniemanej całości. Czy są dowodem na to, że obraz w swojej jednostkowości nigdy nie jest tożsamy ze sobą, że jest „rozdarty”, że jest w nim coś z wszystkich innych obrazów artysty i obrazów innych malarzy, tworzących teraz i przez wieki, że istnieje jakiś nadmiar, który sprawia, że to, co w obrazie jest nim samym, zarazem nim nie jest? A ponieważ nie da się obrazu oddzielić od jego nośnika, pozostają reszty, które zaczynają żyć własnym życiem, bo one stają się całością dzięki innej całości. Są resztą, jakąś sprzeczną i – jak określa to artysta – „radykalną całością”, negatywem całości. Koji Kamoji jest wśród czterech malarzy kolekcji Waldemara Andzelma artystą wyjątkowym poprzez przynależność do dwu kultur, z których czerpie. Jako buddysta szkoły mahajany próbuje tworzyć takie obrazy, które przekazywałyby jego bezpośrednie, nieskażone językiem doświadczenie natury. Świat jest niedefiniowalną całością, a język dzieli tę pełnię na kawałki, nie pozwalając na przebywanie jednych rzeczy w innych, na ich harmonijne współistnienie. Pustka to wedle mahajany brak trwałej istoty rzeczy, bezesencjonalność, zmienność i nietrwałość zjawisk, to, czego nie można uchwycić, zamknąć, ograniczyć. Artysta pokazuje więc, że istnienie nie różni się od nieistnienia, że obydwa w sobie przebywają, ponieważ nic nie trwa, a jedynie przepływa. „Jeśli ustawisz jedno naprzeciw wszystkiego – przekonuje mahajana – zobaczysz, że jest ono we wszystkim i wszystko w nim”. Sztuka Kojiego Kamoji chce przypomnieć naszą utraconą niewinność, którą porzuciliśmy dla złudy rzeczy trwałych. Tę niezwykłą prostotę i cichość utraconego świata pokazują, jak się zdaje, jego delikatne, wyważone i harmonijne, pełne bieli obrazy. „Czy obrazy zdradziły reprezentację? – pyta Hans Belting. – Czy reprezentują one jeszcze coś innego, czy też wyłącznie same siebie?” Jest oczywiste, że obraz staje się obrazem dopiero, gdy na niego patrzymy, dajemy mu życie, bez względu na to, czy zdajemy sobie sprawę z istnienia medium, dzięki któremu możemy go percypować, a także z iluzji przestrzeni, jaką nam oferuje, z pomalowanej powierzchni płótna, „przestrzeni farby”. W połowie ubiegłego wieku McLuhan stwierdził, że przedstawianie należy pozostawić massmediom,
a sztuka – jego zdaniem – powinna skupić się na samym medium sztuki, na szukaniu własnego wyrazu. Ale przecież brak reprezentacji nie przekreśla odniesień do świata, przede wszystkim odniesień do tego, co w malarstwie starano się przekazać od początków jego istnienia, a co jako nieprzedstawialne niepokoiło artystów wszechczasów: przemijanie, nieskończoność, pustka, śmierć. Każdy z czterech artystów próbuje w swoich obrazach wyjść poza to wszystko, co niejako trzyma na uwięzi nasz umysł i przedrzeć się ku temu, czemu nie umiemy nadać postaci, czego nie umiemy obdarzyć sensem, co trwa niezależnie od naszego poznania i zrozumienia. Jan Berdyszak, Stefan Gierowski, Jerzy Kałucki i Koji Kamoji uczą nas, jak wytrwać w owym dionizyjskim, pełnym pożądania, piękna
i grozy spojrzeniu świata i umieć je obłaskawić w obrazach.

Łódź , sierpień 2011